czwartek, 19 października 2017

Lecimy do Tel Avivu! ♥

Z uwagi na nasze podróżnicze przygody, na początku obawiałam się, że ten wpis będzie nosił tytuł: ,,Jak nie podróżować po Izraelu?" Ale nic z tych rzeczy, sytuacja została opanowana, miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie, a krótkie wakacje w Tel Avivie uważam za bardzo, bardzo udane! :)
Izrael. Bliski Wschód. Azja Zachodnia. Brzmi obco, daleko i średnio bezpiecznie, więc nigdy nie był to dla mnie priorytetowy kierunek podróży. Ale światopogląd zmienia się diametralnie, kiedy nagle dowiadujesz się, że możesz tam dotrzeć ze swojego rodzinnego miasta w ciągu kilku godzin i to za naprawdę niewielkie pieniądze. W końcu świat stoi przed nami otworem, więc lecimy! :)
Podróż do Tel Avivu
Wybraliśmy połączenie linii LOT z Lublina do Tel Avivu. Koszt biletów dla jednej osoby to 462 zł w dwie strony. Biorąc pod uwagę odległość to dosyć tanio, więc jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy dzień później LOT ogłosił szaloną środę i bilety można było kupić jeszcze o połowę taniej! 

To był moja pierwsza podróż LOT-em i byłam zachwycona! Polska obsługa, komfortowe warunki i dużo przyjemniejsze wnętrze samolotu niż u tańszych przewoźników. A już całkiem kupili mnie poduszką, kocykiem i czekoladką wręczoną gdzieś między chmurami. Ale przejdźmy do celu!
W końcu wylądowaliśmy na lotnisku Ben Gurion - największym porcie lotniczym Izraela, oddalonym od Tel Avivu o około 15 km.

Paszport
Trzeba go mieć i pilnować, aby przypadkiem nie wbili do niego pieczątki, bo podobno może to być sporym utrudnieniem podczas wizyty w niektórych pozaeuropejskich krajach. O kontrolach na lotnisku słyszałam wiele złego, ale nam udało się przejść bez większych przeszkód. Kilka podstawowych pytań o cel naszej podróży, relacje między nami, długość pobytu, miejsce zatrzymania i gotowe! A zamiast pieczątki do paszportu dostaliśmy ,,niebieską karteczkę" - równoznaczną z pozwoleniem wstępu na teren Izraela na 3 miesiące.

Jak dotrzeć do Tel Avivu z lotniska?
I tu zaczyna się nasza przygoda. Okazało się, że w dniu naszego przylotu nie jeżdżą ani autobusy, ani pociągi. Dlaczego? A no dlatego, że właśnie trwa jedno z najważniejszych świąt - Rosh Hashanah, czyli żydowski nowy rok. Kto by tam sprawdzał, że rozpoczęcie roku może wypaść w środku września. Nie pozostało nam nic innego, jak wziąć taksówkę! Spuśćmy zasłonę milczenia na cenę, jaką zapłaciliśmy za kurs! :)

Hotel w Tel Avivie
Wybraliśmy Hotel Mercure w samym centrum miasta, na Ben Yehuda Street 14.
Bez wahania dałabym mu 10/10. Bardzo miła obsługa, czysty pokój, pyszne śniadania, przyjazna atmosfera i bardzo bliska odległość od morza. Sieć Mercure zdecydowanie zapunktowała! :)

Jedzenie
Teraz wiem, że śniadanie wliczone w pobyt to pewnego rodzaju luksus. Nie trzeba się zastanawiać kto ma iść na zakupy, gdzie szukać w miarę taniego sklepu i co właściwie kupić. Bardzo się cieszę, że wybraliśmy tę opcję, bo poranne posiłki mieliśmy z głowy, swoją drogą były po prostu przeeeeepyszne, a na testowanie lokalnej kuchni mieliśmy resztę dnia.

Obowiązkowy punkt na liście - Falafel - kulki z ciecierzycy, z dodatkami we wrapie. Zdecydowanie nie mój smak. Męczyłam się z tym daniem tak bardzo, że w końcu poległam i z pewnością nigdy więcej go nie zamówię.
Co innego Shawarma i najlepsza lemoniada, którą jedliśmy w małej, bardzo głośnej knajpce niedaleko Jaffy, której nazwy nie umiem nawet przeczytać :)
Zakupy
Z pewnością natkniecie się na sieciówki am:pm, w miarę przystępne cenowo i dosyć dobrze zaopatrzone w produkty codziennego użytku.
Może i w sklepach spożywczych nie jest zbyt tanio, ale jeśli chodzi o ubrania, torebki i buty jest dużo taniej niż w Polsce. Niezależnie od tego, czy to zwykłe ubrania, czy eleganckie sukienki, zdecydowanie warto wybrać się na zakupy, np. na ulicę Allenby.

Dzień 1 
Od razu po zameldowaniu poszliśmy zobaczyć otoczenie. Piękne, czyste morze, ogromna plaża z gorącym piaskiem, a do tego wspaniałe wysokie hotele przy linii brzegowej - pierwsze wrażenie bardzo pozytywne! :)
Wieczorem poszliśmy na długi spacer do Jaffy, od razu zakochałam się w takich widokach!

Dzień 2.
Drugiego dnia wybraliśmy się na wędrówkę po mieście. Idąc zgodnie z mapą, odkrywaliśmy kolejne zadziwiające punkty i budynki, a nasza ciekawość zaprowadziła nas naprawdę daleko. 

Tak, jak wspominałam, nie mieliśmy wyboru i wszędzie musieliśmy dotrzeć na piechotę. Oto dotarliśmy do Placu Rabina, na którym znajduje się Ratusz i Pomnik Holocaustu.
Nie wiem, czy to wina trwającego święta, czy tak jest na co dzień, ale ulice Tel Avivu są po prostu brudne. Reprezentacyjne miejsca trzymają poziom, ale wystarczy skręcić w pierwszą lepszą boczną uliczkę i zobaczycie tonę śmieci, porozrzucane ubrania, materac na środku ulicy i inne takie wynalazki.


Jednak nie można zapomnień o pięknych alejkach z palmami. 

Czy niebywałych przykładach roślinności.
Mój zachwyt budziły też budynki. Niesamowite wieżowce, czy mniejsze bryły o ciekawym kształcie są rozrzucone po całym mieście. Może esteta powiedziałby, że to kompletny bałagan, ale dla mnie bomba! Za nasz cel wybraliśmy sobie Centrum Azrieli, czyli biznesowo-handlowy kompleks. Robi wrażenie! Gdzieś na najwyższych piętrach jest podobno taras widokowy, ale święto, zamknięte - sami rozumiecie...
Matcal Tower - biurowiec z widowiskowym lądowiskiem dla helikopterów.
Sarona Tower po lewej i HaYovel Tower
Na pierwszym planie Electra Tower, gdzie mieści się m.in. izraelski oddział Google'a.
Tuż za nim przepiękne dwie wieże, których nazwy nie mogłam się jednak doszukać.
Wracając na promenadę, nie myślcie, że opędzicie się od wielkich budynków, przy morzu jest ich równie dużo i chociaż są sporo niższe od tych w centrum miasta, to efekt równie zachwycający.
Wieczorem, wybraliśmy się na zachód słońca, jednak piękne widoki przysłoniły chmury.
Zaraz po nim, poszliśmy na spacer w prawą stronę od naszego hotelu, w kierunku portu w Tel Avivie.
Mijaliśmy po kolei różne plaże, w tym plażę dla homoseksualistów, którą łatwo poznać po kolorowych parasolkach,co ciekawe, zaraz obok niej wyznaczono, ogrodzoną murem, plażę dla ortodoksyjnych Żydów. 
Idąc dalej trafiliśmy do głośnej, hispterskiej dzielnicy miasta, gdzie wcale nam się nie podobało. Znalezienie stolika, czy nawet przejście graniczyło tam z cudem. 

Czym prędzej doszliśmy do końca drogi, nad rzekę Jarkon, z widokiem na elektrownię.
Z daleka było widać również kolejny kompleks, tym razem mieszkalnych drapaczy chmur - Park Cammeret.
Dzień 3.
Po śniadaniu wyruszyliśmy na opalanie i totalny relaks. Cały czas wydawało mi się, że jestem tak samo blada, ale po powrocie do hotelu okazało się, że opaleniznę mam już odhaczoną! :)

Nie mogliśmy długo usiedzieć w hotelu, więc ruszyliśmy w nieznane! 
Szybko doszliśmy do Wielkiej Synagogi, w której nabożeństwa odbywają się codziennie.
Niedaleko znajduje się również Shalom Tower, która do 1999 roku była najwyższym budynkiem w Izraelu.
Dalej spacer Bulwarem Rotschilda z nieodłącznymi wieżowcami.

Po drodze minęliśmy fuksjowe cudo natury
Idąc dalej do plaży, natrafiliśmy na idealny przykład kontrastów. Niby wszystko ładnie i nowocześnie...

A jak się dobrze przyjrzeć... no właśnie...

Tego wieczoru zatrzymaliśmy się na piękny zachód Słońca w Jaffie - mieście, które od 1949 stało się jedną z dzielnic Tel Avivu. Zaraz po zachodzie pierwszy raz w życiu usłyszałam nawoływanie muezina z pobliskiego meczetu Hassan Bek. Coś niesamowitego!
Co chwilę zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać piękną panoramę miasta
I dalej, idąc przez Park Abrasha, zobaczyliśmy Posąg Wiary i dotarliśmy do Kościoła św. Piotra. 
Oto przed nami Most Życzeń - legenda głosi, że trzymając ręce na swoim znaku zodiaku należy pomyśleć życzenie, oczywiście przy tym wszystkim patrzeć w stronę morza - gotowe! 
Dzień 4. Nie mogliśmy pominąć wizyty na Bazarze Carmel. 
W niedzielę na ulice wyjechały autobusy, każdy sklep był otwarty, wszędzie było mnóstwo ludzi. 
Ostatni spacer po plaży i wracamy!
Do lotniska dotarliśmy pociągiem z głównego dworca w Tel Avivie, za 13,50 szekli.
Prawie Modlin :) 
Nasz samolot był opóźniony o godzinę, ale kto by się tym przejmował! Wyjazd był bardzo udany, więc komu przeszkadzałaby godzina opóźnienia? 
W sieci znajdziecie idealne określenie dla Tel Avivu - miasto kontrastów. Zdecydowanie się z nim zgadzam. Do tej pory nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że obok pięknych biznesowych budynków są ulice z wysypującymi się z kontenerów śmieciami. Że mimo tylu wieżowców, niektóre budynki przy głównych drogach po prostu się rozsypują? Albo jak ogromne skupiska ludzi, którzy wychodzą po pracy z wielopiętrowych biurowców radzą sobie bez metra? Nie wiem.

Mimo wszystko, bardzo, ale to bardzo polecam wszystkim podróż do Tel Avivu! I oczywiście jeśli macie taką możliwość, koniecznie od razu do Jerozolimy. Nam się niestety nie udało :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka